Napisane przez: karolad | 05/05/2008

Majówka :)

Tak właściwie zacząłem w piątek – wycieczką na Javorovy. Ani minuty w korku, ludzi jak na lekarstwo – zupełna odwrotność majowego weekendu w polskich Beskidach. Zrobiłem sporo fotek, być może kilka do galerii trafi, gdy tylko znajdę czas by te lepsze wybrać. Rzekłbym, że dzień fotograficznym można nazwać, gdyż cała wyprawa od fotki się zaczęła… ;)

- Widział Pan ten fotoradar na mostku kilkaset metrów wcześniej?
- Hmmm… – Nie
- Ale on Pana widział! I nawet zdjęcie zrobił! :p – Zapraszam do radiowozu.

Jako, że przestępstwo nosiło znamiona mało strasznego, gdyż jechałem 75km/h, dostałem w nagrodę 4 punkty i 100zł. Szkoda, że nie jest odwrotnie: 100zł powinno się dostawać, a punktami (np. tymi z BP) płacić ;) Swoją drogą to jest przegięcie – droga przez Ruptawę jest tak szeroka, że spokojnie mieszczą się tam jednocześnie dwa samochody, wyprzedzający na trzeciego i bezpiecznie dwóch rowerzystów na dokładkę.
Potem było już tylko lepiej. Pogoda super, widoczki piękne, parę fajnych pomysłów na zdjęcia. Szkoda tylko, że po powrocie do domu musiałem sprzątać chatę, by móc się z czystym sumieniem wyrwać w sobotni poranek do Wrocławia :)

Po dwóch i pół godzinach drogi, zawitaliśmy z Rafałem przy pomocy jego dzielnej lekko poobijanej Corsy zwanej również pieszczotliwie Igiełką do miejscowości Kąty Wrocławskie, skąd odebraliśmy Szymona i udaliśmy się już do Wrocławia. Mieszkanko w którym nocowaliśmy znajdowało się kawałek od centrum. Ten właśnie kawałek postanowiliśmy pokonać środkami komunikacji miejskiej, goniąc każdy z nich – zaczęliśmy od gonitwy za uciekającym autobusem, a potem za tramwajem, który również z niewiadomych powodów niemalże uciec nam postanowił ;)

Po komunikacyjnych przygodach udaliśmy się na wyspę słodową, w celu zakupienia biletów i szeroko pojętego rozpoznania sytuacji ;) Po tych czynnościach postanowiliśmy dokonać rzeczy niemożliwej – znaleźć otwarty sklep monopolowy w centrum Wrocławia, gdy ustawa mówi, że 3-go Maja handlować mogą tylko stacje benzynowe i coś tam jeszcze ;) Sztuka jednak się udała, kupiliśmy kilka Wrocławskich Piastów i udaliśmy się na podobno bezpieczny kawałek nabrzeża. Całe szczęście Szymon się w tej kwestii nie pomylił, gdyż chyba nie zniósłbym świadomości złapania dwóch mandatów w ciągu dwóch dni ;)
Później wróciliśmy na Wyspę Słodową odsłaniając już tylko czerwone napisy na wewnętrznej stronie ręki, którymi zostaliśmy opieczętowani wychodząc. Po chwili zaczęło grać T-Love, na które czekaliśmy. Nigdy nie słyszałem ich na żywo – teraz już wiem, że warto. Lubiłem ich twórczość, po koncercie polubiłem nawet bardziej. Ale ja przecież nie dla nich tam jechałem….

Po T-Love polecieliśmy na szybko coś zjeść, by nie stracić nic z koncertu Buldoga z Kazikiem na czele. Szczerze mówiąc zdziwiłem się – bo na Buldoga naprawdę jechać warto. Jako, że na koncert KNŻ nigdy się nie załapałem, miałem pierwszy raz w życiu okazję usłyszeć takie hity jak Legenda Ludowa, Tata Dilera, czy też genialne Maciek ja tylko żartowałem :)

A gdy dodać do tego takie wypasy jak Nie mam nogi, Malcziki, Cztery pokoje, Buldogową Elitę i wiele innych znakomitych utworów pochodzących już z ery Buldoga właśnie, to całość tworzy znakomity koncert.

A dla tych co nie byli, by mieli czego żałować, wrzucam wyszukane (swoją drogą to szybko się pojawiło) na YouTube Malcziki oraz Cztery pokoje ze wczorajszego koncertu :p

Było rewelacyjnie. Szkoda tylko, że teraz trzeba wracać do mniej przyjemnych spraw, jak chociażby pisanie pracy dyplomowej ;) Ale i to potrafi być ciekawe – Flash zaczyna mnie wciągać coraz to bardziej :)


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie